WRACAM DO GRY

Mój cel: nie przegrać życia.

Ponoć do celu dociera się drobnymi krokami. Każdy dzień to jeden krok. Jeden  przeciwnik, z którym czeka mnie dwudziestoczterogodzinna walka.

Moja życiowa filozofia… Nie przegrać dnia. Tego i następnego. I jeszcze kolejnego…

Niecały rok temu stworzyłem całkiem niezły system walki, opierający się na odpowiednim zbalansowaniu dwóch biegunów – improwizacji i systematyczności. Pierwszy biegun sprawia ma chronić mnie przed rutyną. A drugi nie pozwala mi iść na łatwiznę. I zmusza mnie do regularnego pisania. Zwłaszcza w dni, kiedy wracam do domu tak wykończony, że nawet perspektywa odpalenia filmu i obejrzenia go do końca wydaje się katorgą. Czasem myślę, że pisarstwo to tylko efekt uboczny podświadomego masochizmu. Nawet teraz.

Zaciskam zęby i dalej tłukę palcami w klawiaturę, żeby wyrzygać słowa na ekran. A potem poskładać je w całość. Dopiero wtedy poczuję ulgę.

Ciężko jest wrócić do pisania po dłuższej przerwie. Ciężko wrócić do starego systemu walki, który przez ostatnie tygodnie był bezużyteczny. Do niedawna wszystko szło po mojej myśli. Dopóki sesja nie wybiła mnie z rytmu.

UPAŁ, BRUD I KLAUSTROFOBIA

Sesja… Najpodlejszy czas, który trafia się dwa razy w roku. Domyślny system nie ma tutaj racji bytu. Muszę zastąpić go tymczasowym. Napiętym grafikiem, w którym nie ma w nim miejsca na pisanie. Ani na żadne wyjazdy. Dystans pomiędzy Lublinem a Rzeszowem to tylko cztery godziny pociągiem. Jednak w czasie sesji obiektywna odległość traci znaczenie. Równie dobrze Rzeszów może być teraz planetą w innej galaktyce.

Lublin zaczyna mi brzydnąć. Ulice zacieśniają się z każdym dniem. Stare obskurne kamienice zbijają się w jeszcze większe kupy gruzu. Jutro krew będzie mi jeszcze mocniej tętnić w skroniach, gdy będę przeciskał się między rozdrapanymi ścianami. Pojutrze te ściany mnie zmiażdżą. Będę jak ta jaszczurka, którą mój sadystyczny kumpel rozgniótł pomiędzy cegłami. Nie uchroniła jej wrodzona zwinność. Refleks nie zadziałał. Nie wiem, czemu teraz mam przed oczami ten urywek dzieciństwa… Po niemal bezsennych nocach myśli kroczą dziwnymi ścieżkami.

To miasto mnie zabije. Brudny labirynt ulic tworzy klaustrofobiczną przestrzeń, w której tak trudno oddychać. Zwłaszcza w ten cholerny upał.

Zamykam się w czterech ścianach. Oto mój mikroświat. Duszny i zagracony. Jeszcze bardziej klaustrofobiczny.

Opuszczam go jak najczęściej pod byle pretekstem. Ale i tak egzystuję głównie tu. Tutaj tonę w stosach notatek. Tutaj odliczam dni do końca sesji. Tutaj próbuję stłumić targającą moimi wnętrznościami wściekłość. Tutaj męczę się z bezsennością. Tutaj tęsknię za wolnością. Czymkolwiek ona jest…

Pisanie zastąpiłem graniem na komputerze. Nie stać mnie na nic ambitniejszego. Mój mózg jest zbyt przeciążony tonami informacji potrzebnymi jedynie do przebrnięcia przez egzaminy.

Jestem rozczarowany… Psychologia akademicka zdaje się być zbyt oderwana od prawdziwego życia. A psycholog powinien zajmować się prawdziwym życiem. Prawdziwymi problemami prawdziwych ludzi.

A teraz… Nie mam zbyt wiele czasu na prawdziwe problemy prawdziwych ludzi. Zamiast tego próbuję wyryć w swoim mózgu różne abstrakcje, które w tej chwili są kwestią przetrwania.

Do dupy to wszystko…

PRZEZ MIESIĄC NIE NAPISAŁEM NIC

Poza krótkimi urywkami powieści i luźnymi notatkami, będącymi zalążkami nowych tekstów. Pisałem jednak niewiele i chaotycznie. Nie powstał żaden gotowy tekst.

Za to przeżyłem sesję. Bez żadnych poprawek. A w indeksie widnieją dobre oceny, którymi jednak nie potrafię się cieszyć. To tylko cyfry.

Koniec sesji miał być wytchnieniem. Jednak tuż po ostatnim egzaminie musiałem zająć się przeprowadzką, mając na karku nieprzespaną noc. Cholernie ciężka sprawa… Czułem się jak maratończyk, który po skończonym biegu pada wycieńczony na ziemię. Po czym nagle słyszy gwizdek i krzyk sędziego, że musi jeszcze przebiec sprintem dwieście metrów.

A gdy tylko wróciłem do domu… zapisałem się na zajęcia teatralne. Po sprincie przechodzimy w mini maraton. Po co dawać sobie chwile wytchnienia?

To kolejna nocy, której próbuję coś napisać. Cokolwiek. W ramach literackiej rozgrzewki… Przez ostatnie noce siedziałem nad notatnikiem, ale byłem zbyt zaspany, żeby sklecić choć krótki felieton. Mimo tylu myśli wirujących w mojej głowie… Część okazałą się nieuchwytna. Część utrwaliłem.

W tle Ostatni walc. Piosenka na dzisiejszy wieczór.

Piszę to gdy jeszcze nie wiesz
Czemu krzyczę pytasz
Chcę wyrzucić z siebie prawdę

Bo tyle we mnie szkła, tyle drzazg 
jak rój z ust, chciałbym sobie pomóc

Tyle szkła… Tyle słów… Podchodzą mi do gardła, ale nie potrafię ich wyrzygać. Nie poczuję ulgi. Jeszcze nie dzisiaj.

Dzisiaj się tylko rozgrzewam. Bo wszedłem na swojego bloga  i gryząc wargę przyznałem przed sobą, że co najmniej tydzień temu powinien pojawić się tutaj nowy tekst. W sumie… Jednym z powodów założenia bloga było zmuszenie się do regularnego pisania. Labirynt miał być strażnikiem mojego sumienia.

Coś właśnie gryzie moje sumienie. A raczej drapie… Cholernie ostrymi pazurami. Tym czymś jest ostatni tekst – Boję się normalnego życia.

Strach potrafi być naprawdę motywujący. Jeszcze przed chwilą słowa były mi niemalże obcą, cholernie trudną w obróbce materią. A teraz znów układają się jakby same. Przypominam sobie, czym jest pisarki flow. W końcu czuję, że wracam do pisania.

Wracam do gry.

Podobne

3 komentarze

  1. i doczytam – sesja do przodu brawo!! Wiesz, ja te zawsze po tak intensywnym intelektualnie czasie czułam się naładowana a jednocześnie …..pusta. Na powrót do normalności pomagało mi czytanie lekkich książek. Teraz w życiu zawodowym mam podobnie. PO intensywnym czasie siadam i patrzę się pusto w ścianę. Ale nie denerwuje się tym, że nie mam weny na pisanie. Za chwile wena wraca i pomysły również 🙂

  2. KOCHAM TEN WPIS. Według mnie nie jesteś już tylko „zwykłym blogerem”, artysta! Zostaję na dłużej i trzymam kciuki żeby po tej długiej przerwie było Ci coraz łatwiej pisać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *