WIECZNIE NIESZCZĘŚLIWY

Nawet nie wiesz jak to jest.

Hiperaktywność… Mózg produkuje tysiące pomysłów na minutę, spośród których zaledwie kilka wydaje się mieć większą wartość. Podążam za tymi złotymi myślami, wręcz biegnę, próbując je rozwinąć… Mój umysł próbuje dogonić tyle rozgałęziających się wątków. To zdaje się nie mieć końca. Ciało coraz bardziej odczuwa zmęczenie, lecz umysł działa na coraz wyższych obrotach. Gdybym był maszyną, mój procesor byłby rozgrzany do czerwoności.

Ceną takiego stanu jest ciężki kac w postaci wycieńczenia, frustracji i poczucia pustki. Takiej, której nic może wypełnić. Cóż… Za wszystko trzeba płacić. Takie życie.

Zapłacę jutro, porannym kacem post-hiperaktywnym. Ale wierzę, że szybko mi przejdzie – gdy po przebudzeniu zdam sobie sprawę, że do lektoratu z angielskiego zostało mi pół godziny. To podziała lepiej niż kubeł zimnej wody.

Nieważne, tym zajmę się jutro.  Teraz wykorzystam buzującą we mnie energię, żeby wyrzucić z siebie lawinę słów o czymś, co jest dla mnie dość istotne.

Ale najpierw załóżcie na słuchawki. Trzeba wprowadzić się w odpowiedni nastrój…

Zaczynamy.

Prawie każdy ma jakiś utwór, z którym utożsamia się całym sercem. Najczęściej jest to piosenka… w końcu dźwięki wyrażają trudne do opisania emocje. A ich teksty są zwykle ogólnikowe, bądź niejednoznaczne i każdy może odczytać je na swój sposób.

Z dziełami z innych dziedzin sztuki rzadko utożsamiamy się aż tak bardzo.  Tutaj trudniej trafić na coś naprawdę bliskiego sercu.

Ale ja coś takiego znalazłem. Taki film, który mnie chwycił za gardło, rozpruł wnętrzności, a nawet zostawił bliznę na moim czarnym sercu.

Mowa o Cobain: Montage of Heck  – dość specyficznym dokumencie Bretta Morgena.

To nie żadna filmowa laurka, w której na pierwszy plan wysunięto rozwodzenie się nad geniuszem i boskością lidera Nirvany. Nic z tych rzeczy.

Montage of Heck  to intymny portret Kurta Cobaina, sklejony z całej masy różnorakich elementów. Nagrań i fotografii z rodzinnego archiwum. Notatek i rysunków z dzienników Kurta. Wywiadów z bliskimi. Wizualizacji.

Sklejona z tych skrawków historia jest opowiedziana chaotycznie, panuje w niej paranoiczna atmosfera, potęgowana przez przewijającą się w tle muzykę.

Brett Morgen skupił się bardziej na osobowości Kurta niż jego karierze scenicznej.  Nawet chaotyczna narracja zdaje się odzwierciedlać sposób myślenia bohatera. Sposób myślenia, w który tak łatwo się wczułem…

Wróćmy do wstępu. Hiperaktywność, kac post-hiperaktywny… Pierwsze określenie idealnie opisuje moją twórczą euforię, a drugie blokadę, która nieuchronnie po niej następuje. Z Montage of Heck wynika, że Kurt miał podobnie. Jego kace post-hiperaktywne musiały być jednak znacznie cięższe, skoro zaczął pomagać sobie heroiną. Z czym nieco przesadził…

Historia Kurta Cobaina jest powszechnie znana. Chłopak o buntowniczej naturze i nihilistycznym światopoglądzie wiedzie ponure życie bez perspektyw. Choć nie do końca… Bo tak naprawdę istniała dla niego jedna perspektywa – muzyka; wypełniająca pustkę w jego sercu i dająca nadzieję, że kiedyś odniesie w niej sukces.  I w końcu mu się udało. Spektakularny sukces przyniósł mu dopiero Smells like teen spirit –singiel promujący drugi album Nirvany. Przebój, który sprawił, że jego kariera nabrała rozpędu… by za chwilę stopniowo zwalniać. W końcu przytłaczało go tyle spraw. Toksyczny związek z Courtney Love, heroinowy nałóg, presja ze strony fanów i mediów…

Czuję, że ludzie życzą mi śmierci. To byłaby prawdziwa rock’n’rollowa historia.

Kurt Cobain

Ta historia skończyła się 5 kwietnia 1994 roku się samobójczą śmiercią Kurta Cobaina. Biorąc pod uwagę jak wzrosła po niej popularność Nirvany musiała być wystarczająco rock’n’rollowa. Cóż… O żywych rekcjach fanów świadczą chociażby liczne fan fiction do tej opowieści (przepraszam – teorie spiskowe). W którymś z fanfików żona Kurta zleca jego zamordowanie, które zostaje upozorowane na samobójstwo. Jak widać, niektóre „apokryfy” są jeszcze ciekawsze od oryginalnej historii.

Jak wspomniałem – nie ma tutaj specjalnego rozwodzenia się nad geniuszem Kurta. Ktoś może cynicznie dopowiedzieć: bo tutaj nie ma się nad czym rozwodzić. Dla mnie jest. Co prawda Nirvana jest przesadnie rozdmuchana przez media, lecz jedni uważają Kurta za muzycznego boga, a drudzy za totalne beztalencie, które nie wiadomo jakim cudem wybiło się ponad inne zespoły z Seattle. Właściwie żadna z tych grup nie ma racji – tkwi ona pośrodku. Na techniczną niedoskonałość muzyki Nirvany trudno przymknąć ucho (chyba że jest się tępym psychofanem), ale jednak… jako kompozytor Kurt był geniuszem.

Już miałem wrzucić Smells like teen spirit jako dowód, ale to zna prawie każdy.

Więc macie coś mniej znanego.

Właściwie jeden utwór utorował mu drogę, by znalazł się z Nirvaną na samym szczycie. Zdaje się, że człowiek, który zaszedł tak daleko może wszystko. No cóż… Okazało się, że jedyną drogą z tego szczytu był upadek.

Udało mu się zdobyć jeszcze więcej niż pragnął, bo nawet nie marzył o tak ogromnej popularności, czy byciu głosem pokolenia. Ale ciągle czuł się zagubiony. I niespełniony… Dlatego zaniepokoiło mnie, że utożsamiam się z jego sposobem myślenia.

W moim mózgu włączył się alarm, że dokądkolwiek pójdę, zawsze będę nieszczęśliwy.

A jeśli przypadkiem dotrę na sam szczyt – jedynym krokiem dalej będzie upadek…

Podobne

13 komentarzy

  1. Po tym poście, po tym blogu, po Tobie mam takiego maintfacka jak z Polski na Alaskę. Wiem, że powinnam konkretnie skomentować, ale NIE! To za dużo jak na mój mózg i za trudno opisane, aby to zrozumieć.

  2. Wszystko zależy od człowieka. Jedni po wejściu na szczyt spadają, inni schodzą, żeby wejść drugi raz. Trzeba szukać sobie nowych rozwiązań. Przegrzewanie się procesora – znam to zjawisko. Czasami ma się tyle myśli, pomysłów, rozwiązań, a kiedy przychodzi czas działania, wszystko się rozmywa, ciężko to zebrać w całość. Taki kac. Tak to rozumiem.

    Polecam dokument o życiu Charlesa Bukowskiego.

    http://www.cda.pl/video/25172356

  3. Nie wiem do końca co napisać, bo nie lubię trzykropkowego stylu bycia, ale dobrze, że napisałeś o tym dokumencie, bo może być ciekawy.

  4. U nas w domu kroluje pj. Nawet 3letni synek chce, aby mu włączyć „pana eddiego”. Jednak znajdzie sie kilka plyt nirvany. Podoba mi sie ich klimat, a film.chętnie obejrzę . Nie zazdroszcze hiperaktywnosci i tego kaca po. A angielski jako kubel zimnej wody? Az taki nieprzyjemny?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *