WCIĄŻ SIĘ DZIEJE ŻYCIA CUD

Moje październikowe teksty są jak początek schodów w głąb najciemniejszej otchłani. Zaczyna się od melancholii i tęsknoty, dalej jest przekonanie o nieuchronnej klęsce…

Czas na kolejny stopień. Właściwie na nim kończą się schody w otchłań. Dalej jest tylko urwisko, z którego zieje ciemność.

Nie wiem od czego zacząć… Zbliża się listopad, okropny miesiąc. Najgorszy w roku. Narasta we mnie przeczucie, że znowu stanie się coś złego. 

Szelest krwawych liści budzi wspomnienia. Niekontrolowany ciąg skojarzeń prowadzi w mnie w głąb ciemnego parku. Idziemy we dwoje, trochę pijani. Ona trzyma w torebce naszą wspólną butelkę wódki i sok jabłkowo-miętowy. Chcę ponieść za nią ten ciężar, ale mi nie pozwala.

Listopad to miesiąc żałoby i szaleństwa. Każda miłość, która wybuchła w tym miesiącu, potoczyła się fatalnie.

Nieważne. To nie jest jednak kolejny tekst o miłości. Tylko o śmierci.

Chyba zdarzyła się ona pod koniec października. Może dokładnie rok temu… Nie wiem, czemu potem zawsze myślałem, że to wydarzyło się w listopadzie. Przedzieram się teraz przez zniekształcone wspomnienia, by przypomnieć sobie tamto Święto Zmarłych. Kilka dni po jego pogrzebie. Wieczorem znów byłem przy jego grobie. Jego nakrywa była pełna zapalonych zniczy i wieńców.

Przerywam pisanie… Przed chwilą chciałem coś z siebie wyrzucić. Zostawić to na papierze, by nie dręczyło moich myśli. Ale teraz czuję cholerną blokadę. Demon nie chce wyjść z mojej głowy i dać się uwięzić na kartce. Albo to ja nie chcę go wypuścić. Czasem rzeczy, które przeleję na papier, znikają z mojej głowy i już mnie nie dręczą. A ja chyba nie chcę pozbywać się tego balastu… W końcu jedyne, co mogę dać zmarłemu, to pamięć.

Znów na moment przestaję pisać. Zamiast tego wbijam pusty wzrok w kartkę i zaczynam wodzić długopisem poniżej ostatniej linijki koślawego tekstu. Rysuję niemal bezwładną dłonią szlaczek, który przypomina linię pagórków. Im mocniej naciskam na kartkę, tym ostrzejsze są wzniesienia. Wzdrygam się, zdając sobie sprawę, że przypomina to zapis EKG. Moja kreska gwałtowanie zawraca. Staram się wykreślić szlaczek, który przeszedł w prowizoryczne EKG.

Nawet jeśli w końcu uda mi się spisać ten opóźniony nekrolog, to nadal będzie bolało tak samo. Wiem tylko, że nie napiszę go dzisiaj. Ani jutro. Blokada jest zbyt silna. Jak ciężka żelazna brama o zardzewiałych zębiskach. Może przełamię ją za rok. Albo za dwa… Pod koniec października, albo na początku listopada.

Moja pamięć zgromadziła zbyt wiele detali. Zbyt wiele, by przekuć to w tekst, nie pomijając niczego. A każdy szczegół wydaje mi się tak samo ważny.

 

Przy śniadaniu myślę półprzytomny o życiu i śmierci. I o nocnych zapiskach.

Życie wydaje się takim absurdem, gdy zdajesz sobie sprawę z jego kruchości. Wystarczy, że przypomnę sobie pewną bezsensowną śmierć… Nie wierzę już w żadne anioły, ani w kogokolwiek czuwającego nad naszym istnieniem.

Zbyt wiele historii zostało przerwanych tak po prostu. W połowie… Albo jeszcze wcześniej. Gdzieś na samym początku.

Patrzę na życie jak na opowieść. Opowieści zawierają sens i jakiś morał.

Tamta śmierć była bezsensowna. Nie było w niej morału… Czy morałem jest to, że w każdej chwili możemy umrzeć? A istnienie może przerwać niedorzeczny zbieg okoliczności…

Dopijam jeszcze kawę i odkładam brudne naczynia do zlewu. Przyjemny moment konsumpcji przed rzuceniem się w bagno życia właśnie minął. Szarość dnia wdziera się do kuchni oknem i z wielką niechęcią idę stawić jej czoła. Zakładam buty i kurtkę, po czym ruszam ku drzwiom. Za którymi czekają mnie nudne, codzienne zmagania… Moje ponure życie. Niestety jedyne, jakie posiadam. Jako niespełniony powieściopisarz prowadzę aktualnie kilka żywotów… trudno przyjąć mi do pełnej świadomości, że tylko jeden z nich jest prawdziwy. Ten najbardziej ponury.

W tym brutalnym świecie najmarniejsze istnienie, które dalej trwa, zdaje się być cudem. Kiedy myślę o tym, co stało się dwa lata temu… W drodze na uczelni może pochłonąć mnie ciemność, nim zorientuję się, co mnie zabiło. Potem pojawię się na pierwszych stronach gazet. Nie dzięki spektakularnym sukcesom, tylko dzięki kierowcy, który z rozpędu przejechał na czerwonym i nie wyhamował przed przejściem dla pieszych.

Cóż… To byłaby tylko kolejna absurdalna śmierć. Może nawet nie znalazłaby się na pierwszych stronach gazet. Świat przywykł do gorszych rzeczy.

Na przejściach dla pieszych uważam bardziej niż zwykle. Nie chcę głupio zginąć.

Podobne

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *