RANDKA Z MARTWYM BLOGEREM

Ostatnio kumpel spytał przez telefon, czy nadal piszę. Bo na blogu pustka, nic nowego.

Niemal zapomniałem o witrynie, która dźwiga moje wypociny. Niemal zapomniałem, że ktoś to czytał i być może czekał na więcej.

Niby przez ostatnie miesiące publikowałem tu i ówdzie, ale rzadko u siebie. Garść tekstów dla Kultury MasowejDzikiej Bandy, nic wielkiego. Bardziej osobiste rzeczy lądowały w szufladzie, albo w koszu na śmieci. A niedokończona powieść już dłuuugo leży odłogiem na dnie szuflady. I czeka na lepsze czasy, mniej chaotyczne. Książka to długofalowy projekt, wymagający niesamowitej systematyczności i skupienia. Życiowa zawierucha pozwala mi aktualnie pisać tylko zrywami. Praca nad powieścią w takich warunkach mija się z celem, zwłaszcza że na ten moment dręczą mnie sprawy o wiele większej wagi.

Za mną kilka miesięcy piekła, przygód i ciężkiej pracy. Chaos trwa nadal. Trudno powiedzieć, ile czasu minie, nim poczuję twardy grunt pod nogami. Niestety potrzebuję czystego umysłu i zdrowej rutyny, by pisać efektywnie i regularnie. 

Trzymam zbyt wiele srok za ogon, by dodatkowo się przemęczać, a potem wyrzucać sterty bazgrołów do kosza. Można powiedzieć, że kocham pisanie. Ale posiadam jeszcze kilka namiętności, a w monogamii zbyt dobry nie jestem. Dlatego tymczasowe odsunięcie na bok nieco toksycznego – na ten moment – związku nie stanowi dla mnie większego problemu. 

Oparcie życia na pisaniu to jeden z najgłupszych pomysłów, który kiedykolwiek zakiełkował w mojej głowie. Szukałem w nim wolności i przestrzeni, a przecież pisarski fach zamyka w czterech ścianach. Jeszcze na rodzimym rynku, by utrzymać się na powierzchni, trzeba narzucić sobie tempo Pilipiuka, Ćwieka, albo Mroza. Żegnajcie naiwne sny młodości i inne narcystyczne wymysły! W pisarskim kieracie nie ma nic romantycznego, a zawód pisarza wcale nie jest uosobieniem wolności, kiedy gonią terminy, a wena jak na złość nie chce przyjść. Poza tym nie mam ambicji, by zaśmiecać rynek kilkoma pozycjami rocznie. Wystarczą ze dwie książki w przeciągu całego życia, naskrobane gdzieś pomiędzy ważniejszymi i ciekawszymi sprawami.

***

Tyle wyjaśnień względem wspomnianego wyżej kumpla i jeszcze paru osób, które nękały mnie wiadomościami na temat mojej pisaniny. Opieprzali za zastój, irytująco drążyli, co dalej i kiedy. Nie do końca rozumiem ludzi, którzy czekali na kolejne teksty, ale dzięki za pamięć.

Niedawno pewna aplikacja randkowa sparowała mnie z dziewczyną, która znała mojego bloga z czasów, gdy funkcjonował pod innym adresem i zawierał nieco bardziej przebojowe teksty. Dziwne uczucie. Jakbym był zapomnianą gwiazdą disco polo, która trafia na dziewczynę ciągle nucącą mój stary hit.

Dwa tygodnie później miałem randkę z kolejną czytelniczką. Poznaną w podobny sposób, aczkolwiek ona kojarzyła mnie bardziej z instagrama niż z bloga, chociaż obrazkową aplikację skasowałem dość szybko. Nie nadawała się do promocji mojej tfurczości. Zajawki tekstów nie cieszyły się popularnością, delikatnie mówiąc. Natomiast, gdy wrzucałem byle selfie, nagle sypały się serduszka i rosła liczba obserwujących, zwykle z anglojęzycznych krajów. Nie o takich czytelników mi chodziło…

Wróćmy do czytelniczki. Cholera, dziwnie przypadkiem zbałamucić dziewczynę na bycie pisarzem, gdy jedyna, w dodatku niedokończona powieść została porzucona na czas bliżej nieokreślony.

W każdym razie znalazłem inspirację.

Podobne

1 komentarz

  1. Życzę mnóstwo nowych inspiracji i jeszcze więcej motywacji – bo o tą drugą, wiem z doświadczenia, znacznie trudniej! 😉 A Insta działa, ale to dość specyficzne środowisko rządzące się swoimi dziwacznymi prawami – które akurat z romantyzmem gotyckim wiele wspólnego nie mają…
    Powodzenia! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *