PARADOKUMENTALNE ZWIERCIADŁO SPOŁECZEŃSTWA

Kulturę danego kraju poznasz dzięki telewizji, mawiała Channon, asystentka Pająka Jeruzalem.

Zaraz, zaraz… Pewnie nie wiecie, o kim mówię. Komiks nie jest szczególnie popularnym medium na polskim rynku wydawniczym. A postać Pająka nie wykroczyła poza tę formę. Wszystkie jego przygody zostały zamknięte w komiksach. Na ich podstawie nie powstał żaden film. Trochę szkoda, bo jedna z najciekawszych postaci w popkulturze nadal nie jest szerzej znana.

W takim razie ja zapoznam Was z Pająkiem. Dziennikarzem, ćpunem, szaleńcem i buntownikiem. Przede wszystkim tlący się w nim bunt i świadomość rozkładającej cywilizację choroby sprawia, że jest kimś więcej niż pospolitym bękartem swoich czasów. Żyje on w świecie niedalekiej przyszłości, w którym każda ściana jest zajęta przez kolorowe billboardy i reklamy, a transhumanizm jest na porządku dziennym. Ulice są przeludnione groteskowym tłumem, który na obrazie XXI-wiecznej reinkarnacji Boscha mógłby posłużyć za piekielny korowód.

Z tego świata Pająk Jeruzalem próbował uciec. Jednak po pięciu latach na odludziu wydawca przypomina mu o kontrakcie na dwie książki. Dlatego Pająk musi wrócić do Miasta…

Jedno z komiksowych opowiadań o Pająku rozpoczyna się od sceny, w której ten ogląda telewizję. Postanawia poświęcić na to cały dzień. Chce na własnej skórze przekonać się w jaki sposób telewizja oddziałuje na ludzkie umysły. Ma do wyboru aż dwa tysiące kanałów – a jest posiadaczem tylko zestawu podstawowego. Co prawda ich treść jest oparta głównie na reklamach. Zresztą, jedna z nich przykuwa uwagę Pająka… To reklama uniwersalnych butów sportowych Air Jesus, dostosowanych do każdego podłoża, nawet powietrza i wody. Nieźle.

Ty leniwy draniu. Chcesz gnić przed tym pudłem cały dzień? – pyta go asystentka.

– Dla zbadania prawdy, Channon.

Fragment komiksu „Transmetropolitan. Żądza życia, cz.1”

Już po przeczytaniu pierwszej części Transmetropolitana pomyślałem, że chciałbym być Pająkiem Jeruzalem naszych czasów. Zainspirowany nim odpalam telewizję po kilkumiesięcznej przerwie. Raczej nie trafię na coś tak patologicznego jak Sex Puppets… tak, to program dla dzieci. Nasza rzeczywistość nie jest jeszcze aż tak zdegenerowana.

Na razie przez telewizyjne pudło przewijają się tylko reklamy. Tak szokujące, że zapominam każdą z nich, gdy pojawia się następna. Już zaczynam się nudzić. Choć wolę nudę od niespodzianek rodem z Transmetropolitana. Wiecie… Jego świat jest bardziej pokręcony od naszego. Telewizja również. Dziękuję bogom za to, że nie muszę uważać na bomby zakupowe (jedna z nich przerwała Pająkowi zbieranie materiałów do felietonu na temat telewizji). Jak działa ten diabelskie narzędzie marketingu? Tuż po ostrzeżeniu ekran telewizora emituje oślepiający błysk. Porażony nim widz zaczyna odczuwać totalne zmęczenie. Szybko zasypia, a w jego głowie przewijają się reklamy. Bomby zakupowe wypełniają twój mózg skompresowanymi reklamami, które rozpakowują się we śnie. Tak opisuje ich działanie Channon.

Kolejny fragment komiksu „Transmetropolitan. Żądza życia, cz.1”

Zwykłe telewizyjne reklamy są dla mnie niestrawne. Ich zdająca się nie mieć końca sekwencja zaczyna mnie męczyć. Na samą myśl, że tak mogłyby wyglądać moje sny, obiad podchodzi mi do gardła.

Przełączam na Polsat. Trafiam na końcówkę programu, będącego prawdopodobnie kolejnym nudnym teleturniejem. Jest deszcz konfetti, publiczność bije brawa, uśmiechnięty od ucha do ucha zwycięzca trzyma czek na 30 000 złotych. Nuda.

Przełączam na Dwójkę, gdzie rozgrywa się Familiada. Pierwsza myśl: Jeszcze to kręcą?! Odkładam pilota i próbuję oglądać, mimo że od irytującej ścieżki dźwiękowej aż zgrzytam zębami. Wytrzymuję 7 minut.

Wracam na Polsat. Zamiast nudnego teleturnieju jest tam teraz kabaret, którego nie znam. Skecz jest średnio śmieszny, mam nadzieję, że dopiero się rozkręca. Jest nadzieja, że zaraz się uśmiechnę. Niestety burzy ją niezbyt błyskotliwa puenta. Publiczność odpowiada brawami, a ja sięgam po pilota.

Zirytowany przechodzę z kanału na kanał. Z powodu braku czegoś lepszego zatrzymuję się na Małolatach.

Wtedy do pokoju wkracza kuzyn. Samozwańczy ekspert od tego typu seriali.

– Nie rozumiem fenomenu paradokumentów. Te produkcje są tak gówniane, a wyrastają jak grzyby pod deszczu. „Trudne sprawy”, „Dlaczego ja?”, „Ukryta prawda”, „Szpital”, „Szkoła”… – Zacinam się. – Yyy… „Małolaty”.

– „Pielęgniarki”, „Policjanci i policjantki”, „Zdrady”, „Pamiętniki z wakacji”, „Szkoła życia”. Jest jeszcze nowy serial – „19+”. Przewinęło się tam parę aktorów ze „Szkoły”. Ogólnie jest tego dużo więcej.

Wpatruję się w telewizor pustym wzrokiem. Moje oczy przez chwilę nie rejestrują tego, co dzieje się na ekranie. Kulturę danego kraju poznasz dzięki telewizji… Fenomen paradokumentalnego chłamu nasuwa mi wniosek, że nasze społeczeństwo jest co najmniej lekko upośledzone.

Patrzę z ukosa na skręcającego się ze śmiechu kuzyna.

No dobra. Lekko upośledzone społeczeństwo… To tylko pierwsza myśl. Przez moją głowę płynie rzeka wspomnień. A w niej urywki obejrzanych dawno temu Trudnych spraw.

Społeczeństwo nieudaczników ogląda seriale o życiu innych nieudaczników. Nieudolnie zagranych przez pseudo-aktorów. Scenariusze tych produkcji muszą być pisane przez niespełnionych pisarzy z Wattpada. W końcu roi się tam od z życia wziętych historyjek o prawdziwych problemach. I jeszcze ten lektor, który na każdym kroku wyjaśnia widzom fabułę. Jak upośledzonemu dziecku…

Czy ludzie oglądają to, żeby poczuć się bardziej inteligentni? Przecież praktycznie każdy zdaje sobie sprawę, że to głupie… Mój kuzyn ogląda to dla beki. Podobnie jak wielu moich znajomych. I jeszcze wiele osób włącza ten chłam po prostu z nudów. Kiedy są zbyt zmęczeni na ambitniejszą rozrywkę, ale ich mózg domaga się jakichkolwiek bodźców.

Jako realista zakładam, że są jednostki, uważające paradokumenty, za życiowe historie, które mogą okazać się naprawdę pouczające. Cóż… W przypadku emerytów z domów spokojnej starości jest to nawet zrozumiałe. Nie mają swojego już swojego życia, więc zostają im te żałosne historie z życia wzięte. Oglądając Szkołę Małolatów mogą w uproszczeniu poznać realia, w których dorastają ich wnukowie. To jest jednak bardziej wiarygodne źródło informacji od relacji wnuczka, którą można streścić słowami jakoś leci. To naturalne, że przemilczy jak w zeszły weekend wyżłopał hektolitry alkoholu na urodzinach starszego kolegi, a następnie próbował wstrzyknąć sobie marihuanę w kolano. Reszty nie zdradziłby nawet na spowiedzi, bo… po prostu jej nie pamięta. A nietrzymające się kupy opowieści kolegów o tym, co było dalej, trudno wziąć za pewnik.

Minimalna wartość dydaktyczny nie sprawia jednak, że paradokumenty wybijają się ponad warstwę mułu.

Odcinek, który oglądam z kuzynem opowiada historię pochodzącego z Ukrainy Michała, który – dzięki stypendium – uczy się w Polsce w prywatnym liceum. Niestety nikt nie chce się z nim zaprzyjaźnić. Oho… Ten niepozorny serial jest odpowiedzią na aktualne wydarzenia. Co prawda forma nie jest zbyt błyskotliwa… Ale to ma chyba być zwierciadło naszego społeczeństwa.

Problemy z pieniędzmi, konflikt z kumplami dupkami z klasy zmienia życie Michała w gangsterski film. Z opresji wybawia go nauczyciel, który załatwia mu pracę w kawiarni i w dyplomatyczny sposób rozwiązuje spór pomiędzy Michałem a jego wrogami. Pan Paweł to wzór nauczyciela. W krytycznym momencie, gdy przytłoczony nadmiarem problemów Michał chce wrócić na Ukrainę, jego guru pyta: Wracasz, czy uciekasz? To dwie różne sprawy. Nie wiem, kto pisał dialogi (napisy końcowe są przewijane błyskawicznie), ale ta fraza jest ambitna jak na gangsterski paradokument w szkolnej scenerii.

Paradokumenty zwierciadłem społeczeństwa… Aż czuję suchość w ustach. Tak wygląda okrutna prawda? Oglądamy ten chłam i śmiejemy się z nieudaczników, którymi sami jesteśmy…

Wyłączam telewizor.

Ponoć prawda jest bolesna. Uśmiecham się gorzko. Prawda o społeczeństwie, w którym żyję, nie sprawiła mi bólu. Może dlatego, że byłem na nią przygotowany.

Podobne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *