NIESZABLONOWE FANTASY, CZYLI „KONTYNENT” JĘDRZEJA BURSZTY

Zdobycie egzemplarza recenzenckiego Kontynentu ucieszyło mnie niezmiernie, bo zapamiętałem Jędrzeja Bursztę z pięknych czasów, gdy jeszcze prenumerowałem Nową Fantastykę. Przed moimi oczami przewinęły  się setki opowiadań oraz nazwisk, lecz lwia część przepadła w odmętach niepamięci. To dość przykry aspekt czytelniczego losu.

Bursztę jednak zapamiętałem, choć ledwo, ledwo. Chimaerus, opowiadanie zamieszczone w Nowej Fantastyce, pozostawiło dość rozmyte wspomnienie, dotyczące bardziej klimatu niż treści. Ale nazwisko, którym sygnowana była krótka historia, wyryło ślad w pamięci.

Książkowy debiut Burszty stanowi tytułowa mikropowieść plus cztery opowiadania. Większość tekstów jest premierowa, część ukazała się wcześniej w prasie ( Chimaerus, Ostatni triumf mistrza Plasseina).

Zbiorek otwiera wspomniany już dwukrotnie Chimaerus. Powtórna lektura budzi początkowo zdziwienie, jakby książkowa wersja została radykalnie zmieniona. Rozmowa z kuternogą w tawernie na jakiejś wyspie… Zaczyna się jak dość barwne, marynistyczne fantasy, ale przecież Chimaerus był czymś znacznie mroczniejszym.

Po kilkunastu stronach mija niepokój, że dopadła mnie ekstremalna odmiana czytelniczej amnezji. Zmiana scenerii rozwiewa wrażenie, że czytam coś zupełnie nowego. To jednak ta sama opowieść o wędrowny czarnoksiężniku i jego wieloletnich zmagania z demonicznym pasożytem, podstępną księżycową istotą. Obarczony niechcianym towarzystwem Johann przemierza Kontynent w poszukiwaniu legend, w których – jak wiadomo – jest ziarno prawdy. Tułaczka w celu rozwikłania zagadki chimaerusa nie ma jednak końca…

Kolejna historia opowiada o chłopcu bez duszy, który pobiera nauki u szalonego mistrza-plastynatora, który uprawia dość wyrafinowany, wręcz artystyczny rodzaj nekromancji. Pośród gęstej, groteskowej atmosfery drugiego opowiadania poznajemy najpotężniejszych magów Kontynentu i inne ciekawe persony. Ostatni triumf mistrza Plasseina to jeden z moich ulubionych fragmentów.

Maleficium opowiada o upadku starego porządku w bagiennej krainie, zwanej Mokradliskami. Rozwój wydarzeń śledzimy z perspektywy młodej alchemiczki, która wraca w rodzinne strony, by rozwiązać pewną kryminalną zagadkę. Tajemnicze morderstwo i niesłuszne skazanie to jednak element politycznego spisku, który prowadzi do brutalnego przewrotu.

Kontynent to najobszerniejszy, a zarazem najmocniejszy punkt zbioru. Historia niekonwencjonalnej rodziny w kilku rozdziałach, które skupiają się na poszczególnych charakterach. Razem z bohaterami przemierzamy urzekające krainy, poznajemy cudaczne stwory i uczestniczymy we wciągających perypetiach. W pierwszych opowiadaniach Burszta odsłonił przed czytelnikami zaledwie skrawki Kontynentu. Jednak po lekturze mikropowieści zarys uniwersum, który pozostaje w głowie, jest znacznie pełniejszy i bardziej wyrazisty.

Zbiorek zamykają Ostatni z Pierwszych. Opowiadanie, które w pierwszym odruchu budzi konsternację. Przed momentem zachwycałem się wartką akcją, fascynującymi sceneriami i pomysłem na tak zróżnicowany świat. A tu nagle następuje jego koniec… Słowo „zakończenie” Burszta potraktował wyjątkowo poważnie i zwieńczył dzieło apokaliptycznym opowiadaniem.

Stosując baśniowy sposób budowania klimatu i snucia narracji, młody autor wykreował świat dziwaczny, wręcz niedorzeczny, pełen tajemnic i niezwykłości. Dość świeży i zaskakujący, choć w mitologii czuć ducha Lovecrafta. Kilkakrotnie lektura wywołała również luźne skojarzenia z prozą Sapkowskiego. Świat Burszty, choć niby skończony, nie został wyjaśniony od A do Z. Brakuje sporo liter. Na mapie Kontynentu (którą możemy widzieć tylko oczyma wyobraźni, bo nie została zawarta w książce) nadal jest sporo białych plam i znaków zapytania.

Debiut Jędrzeja Burszty pozostawia potworny niedosyt. Czekam na więcej opowieści z Kontynentu.

Ale niezbadane są wyroki Przedwiecznych…

 

Podobne

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *