MODLITWA O DOBREGO MENEDŻERA

Dawno, dawno temu byłem małym chłopcem, który nudził się w kościele podczas jakiegoś nabożeństwa. Nieszczególnie chciałem tam być.

Siedząc na ławce majtałem nogami i bujałem w obłokach. Jednocześnie słuchałem chóru zawodzących staruszek. Każdej z nich po kolei słoń musiał nadepnąć na ucho, kiedy Bóg rozdawał talenty, a one czekały w kolejce.

Miałem ze sobą modlitewnik, bo byłem wcześniej wyspowiadać się z paru dziecinnych grzeszków. Książeczkę wziąłem na wszelki wypadek – jakby ksiądz zadał jakąś wymyślną pokutę. Dostałem jednak parę zdrowasiek i Ojcze nasz, nic nadzwyczajnego. Ot, pokuta za grzeszki drobnego kalibru.

Pokuta nie była niczym szczególnym. Wytrzymanie do końca nabożeństwa – już tak.

Majtałem nogami, ziewałem, rozglądałem się za dziewczynami i myślałem o głupotach. W pewnym momencie – już śmiertelnie znudzony – otworzyłem modlitewnik. Nie szukałem pieśni, która właśnie rozbrzmiewała w kościele w wyjątkowo pokracznej wersji a cappella. To był tylko odruch czytania. Nabyty przez ostatni rok, od kiedy zacząłem pochłaniać książki w hurtowych ilościach. Słowo pisane było najlepszym lekarstwem na nudę, choć akurat po tej książeczce nie spodziewałem się niczego szczególnego. Nie miałem jednak nic innego pod ręką.

Myślałem, że przed komunią wkuto mi siłą do głowy prawie wszystkie modlitwy, które już i tak wyleciały mi z pamięci. Okazało się jednak, że ta mała książeczka mieści w sobie ich o wiele więcej niż się spodziewałem. Zetknąłem się z rodzajami modlitwy, które były mi wtedy niemal zupełnie obce. Mianowicie – dość konkretnymi dziękczynieniami  i prośbami. Większość znanych mi do tej pory modlitw była abstrakcją. Odmawiając pacierz przed zaśnięciem układałem sobie w głowie surrealistyczne historyjki obrazkowe do Aniele Boży, Zdrowaś Maryjo i tak dalej. Dopóki nie weszło mi to w nawyk, bo później tylko powtarzałem każdego wieczoru te same słowa.

Zaskoczyło mnie, że można dziękować Bogu za takie banały jak śniadanie i milion innych rzeczy. Na kartach modlitewnika zetknąłem się też z potrzebami, które wydawały mi się wtedy niedorzeczne. Modlitwa o dobrego męża… Modlitwa o dobry dzień w pracy… Modlitwa o dziecko…

Dzieciakowi, którym wtedy byłem, modlenie się o takie rzeczy wydawało się dziwne. Przecież to wszystko się dzieje w życiu dorosłych, tak po prostu. Praca, ślub, dzieci… Naprawdę ktoś się o to modli?

Nie do końca wierzyłem w skuteczność modlitwy. Co prawda odmawiałem wieczorny pacierz, ale z bardziej przyzwyczajenia i żeby Jezuskowi z obrazu nie było smutno. Wówczas nie przyszło mi do głowy, żeby w modlitwie zawrzeć jakąś konkretną prośbę i liczyć na jej spełnienie. Przecież koniec końców, Bóg i tak zrobi, co zechce. Czyli – najczęściej – nic.

***

Moja nikła wiara w moc modlitwy znacznie spadła od tamtego czasu. Ale gdybym posiadał jej choć odrobinę… Potrzebowałbym czegoś, czego tamten archaiczny modlitewnik nie uwzględnił. Modlitwy o dobrego menedżera.

Może gdzieś są drukowane nowoczesne modlitewniki, uwzględniające tak elementarne potrzeby współczesnego człowieka. Zresztą… Powinna istnieć limitowana edycja specjalna dla nowoczesnego artysty. W końcu w standardowej wersji modlitewnika dla zwykłego człowieka dość dziwnie wyglądałaby modlitwa o wenę twórczą. Wciśnięta zapewne gdzieś między modlitwą o dobrą zabawę a dziękczynieniem za brak kaca.

Mniejsza z tym. Potrzebuję zaklęcia, które sprawi, że do mnie odpowiednią osobę. Kogoś, kto przeprowadzi mnie przez bagno umów, procesu wydawniczego i działalności promocyjnej. Potrzebuję literackiego odpowiednika Petera Granta. Przebiegłego twardziela i rewolucjonisty w swojej dziedzinie. Kogoś, z kim zajdę naprawdę wysoko.

Od współczesnego pisarza wręcz wymaga się bycia jednocześnie artystą i biznesmenem. Szkoda, że nie mam rozdwojenia jaźni. Płynne przełączanie się między tak skrajnymi trybami myślenia jest dla mnie czymś niedorzecznym. Może to, co piszę jest zbyt osobiste, nawet jeśli nie piszę o sobie. Dziwnie być handlarzem własnych wnętrzności. Niech sprzedaje to za mnie ktoś inny.

Szkoda, że w Polsce zawód agenta literackiego jest czymś rzadkim jak nosorożec jawajski na wolności. Cóż… To kraj, w którym nawet dla lwiej części znanych pisarzy, pisarstwo jest czymś pomiędzy pasją a dorywczą pracą. I mało komu przychodzi do głowy, żeby jeszcze z kimś dzielić się raczej niezbyt wielkim zarobkiem.

Czyli i tak nie miałbym się o kogo modlić. Urodziłem się w złym miejscu i w złym czasie i dopóki sam nie zacznę zarabiać na pisaniu konkretnych pieniędzy, żaden menedżer mi nie pomoże. Bo nie mam go czym opłacić. Cóż… Na razie muszę przebrnąć przez bagno sam. Tak, żeby dotrzeć w końcu do celu i nie zatonąć. Ani zbytnio się nie pobrudzić.

***

W modlitewniku nowoczesnego artysty powinna znaleźć się jeszcze modlitwa o pomór konkurencji. Ponura plotka wydawnicza głosi, że więcej teraz pisarzy niż czytelników. Rynek literatury pęka przecież w szwach od tłumu innych młodych literatów, którzy też chcą się wybić. Na naszym literackim podwórku jest miejsce tylko dla kilku gwiazd, a reszta może co najwyżej zjadać ochłapy spod ich stołu. Spełniona modlitwa o pomór większej części tego towarzystwa znacząco ulży tym, którzy przeżyją.

Ten rodzaj modlitwy może wydawać się nieco nieetyczny, ale przecież modlitewnik współczesnego człowieka (szczególnie w limitowanej edycji dla artystów) nie powinien uwzględniać jakiejkolwiek etyki. Specyfika naszych czasów…

***

Mniejsza z tym wszystkim. Wylewam z siebie myśli, bo czuję się zagubiony pośród kolorowych reklam i wszelkich obietnic rozrywki. Trudno być dzisiaj pisarzem. Nie tylko dlatego, iż rzekomo pisarzy więcej niż czytelników. Żyję i tworzę w czasach klęski urodzaju. Moja książka będzie konkurować o uwagę odbiorcy nie tylko z innymi książkami. Są jeszcze seriale Netfiksa, wysokobudżetowe gry, hollywoodzkie blockbustery…

Nie mogę odnaleźć się w tym jako odbiorca, a co dopiero jako… twórca.

Chcę tylko pisać, nie myśląc o pieniądzach i szambie marketingu. Niech ktoś brudzi się za mnie.

***

Wstyd się przyznać, ale po dłuższych rozmyślaniach pojawił we mnie zalążek myślenia biznesowego. Bo zacząłem rozważać samobójstwo w celach promocyjnych. Potrzebowałbym tylko kogoś, kto sprzedałby moją śmierć. Zostałbym okrzyknięty Kurtem Cobainem literatury. Półki w księgarniach uginałby się od książek, a moja sieciowa witryna byłaby przeciążona od tłumów wirtualnych pielgrzymów.

Do zorganizowania akcji z takim rozmachem przydałby się naprawdę dobry menedżer…

Podobne

3 komentarze

  1. Niezłe. Rzeczywiście przydałaby się modlitwa o dobrego menadżera. Też się takim rozglądam od dłuższego czasu. I tak se myślę, że gdyby znaleźć naprawdę dobrego to sam na siebie by zarobił i na nasz czas na pisanie. 🙂 Także może uwierz w siłę modlitwy na nowo i szukaj agencji literackich, parę ich jest w naszym kraju.
    A modlitwa o pomór konkurencji… ale tylko tej gorszej od nas, niech ci na podobnym poziomie i lepsi mają szansę 🙂
    Trzymam przysłowiowe kciuki za Twoją wiarę i dobrego menadżera 🙂

  2. Mnie też by się menadżer przydał, ale pomór konkurencji? Nie, aż tak bezlitosna nie jestem. Niech sobie będą z własnymi menadżerami. Świat jest dostatecznie duży dla wszystkich. Tylko spacerując w niedzielę z Pociechą zaczynam wątpić w jego wielkość. Czy naprawdę nie zacząć modlić się o pomór?
    Póki co życzę znalezienia menadżera.

  3. Sam próbuję pisać i co gorsza docierać z tym do czytelnika :). Być może warsztatowo jestem słabszy niż Ty, ale mimo wszystko próbuję. Powiem szczerze, ja już przekroczyłem Rubikon komerchy i wziąłem się za promocję własnej osoby. Wszystko rozbija się o dotarcie do czytelnika jak najmniejszym kosztem.

    Jedyne co mogę polecić to pozycjonowanie własnej strony. Jeśli jesteś ciekaw szczegółów, odezwij się, może coś będę w stanie pomóc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *