LUDZIE JAK KRÓLIKI

Jedni uważają go za mistrza horroru. Inni określają jego prozę jako „literackie disco polo”.

Mowa o Grahamie Mastertonie, którego osobiście mistrzem bym nie nazwał. A przynajmniej nie horroru, ani thrillera. Tylko… nie, osoba parająca się niemoralnym rzemiosłem nie zasługuje na miano mistrza.Po przeczytaniu jego Krzywej Sweetmana dochodzę (dochodzę…) do wniosku, że ten gość znacznie lepiej sprawdziłby się jako scenarzysta porno. Poważnie.

Po przeczytaniu opisu na tylnej okładce spodziewałem się thrillera politycznego. Potrzebowałem niewymagającego szczególnego wysiłku intelektualnego i emocjonalnego, ale w miarę dobrego czytadła, więc założyłem, że to będzie w sam raz. Nieco się zawiodłem. Cóż… Ale przynajmniej nie przemęczyłem się ani intelektualnie, ani emocjonalnie.

Nieznany snajper zabija niewinnych ludzi podróżujących autostradami w Los Angeles. Policja podejrzewa, że ofiary nie są ze sobą powiązane, okazuje się jednak, że ich dobór nie jest przypadkowy. Wyrachowany morderca zabija wyłącznie tych, którzy w danym momencie znajdowali się na krzywej Sweetmana, wyliczonej za pomocą skomplikowanej teorii pewnego profesora, który w nieznanym celu przygotował już listę ofiar.

Też spodziewalibyście się thrillera, prawda? Nazwałbym tę powieść jednak inaczej. Mozaikowe porno z elementami thrillera politycznego… tak brzmi lepiej. A przynajmniej nie mija się z prawdą.

Co do wątku politycznego – jest on równie absurdalny jak najbardziej paranoiczne teorie spiskowe. Ale to de facto jedynie tło dla toczących się w co drugim rozdziale batalii łóżkowych, więc nie skupiajmy się na nim za bardzo. A co do tych batalii…

Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa. To właśnie czyni człowieka nieczystym. (Mt 15, 19-20)

No właśnie. Wszystko ma swoje źródło „w sercach” postaci. Konstrukcja psychologiczna bohaterów Mastertona jest dość prosta. Zdaje się, że gdyby nie intryga, w którą zostali wplątani, byliby skoncentrowani przede wszystkim na ruchaniu. Biedny stary profesor Sweetman, zapewne ze względu na wiek, nie miał już w tej dziedzinie żadnego pola manewru, więc znalazł czas na uknucie tego cholernego spisku, podczas gdy inni zajmowali się głównie pierdoleniem. Przez tego jebanego impotenta sielanka nasza króliczków została przerwana i wdarł się w nią polityczny brud… I ten skurwiały snajper.

Algorytm każdej z postaci jest rozbrajająco prosty. A jeśli na kartach powieści dochodzi do spotkania między mężczyzną a kobietą jest całkiem przewidywalnie, nawet gdy ta dwójka jeszcze się nie zna. Przebieg takiego spotkania wygląda mniej więcej tak:

  1. ocena rozmówcy jako potencjalnego partnera seksualnego
  2. rozmowa i (w międzyczasie) fantazjowanie o rozmówcy
  3. gra wstępna
  4. wyuzdany seks

Cóż… Czy tylko według mnie Masterton rozminął się z powołaniem? No dobra – nie do końca – bo napisał jeszcze  sporo poradników seksualnych o niezwykle kuszących tytułach: Magia seksu, Rozkosze miłości, Ogród seksu, Szał seksu, Sekrety seksu itd. Sporo tego… Graham, ty świntuchu! Aż dziwne, że jeszcze ci mało i nawet twoje powieści ociekają seksem! Aż się boję jak wygląda twoje życie codzienne…

W bogatym dorobku Mastertona (o dziwo!) nie ma ani jednego scenariusza porno. Za to znalazło się w nim kilkanaście wierszy, które ukazały się w antologiach i magazynie The Horror Express. Hmm… A więc pisanie wierszy, gdy posiada się typowo męską „wrażliwość” jest możliwe. No dobra.

Z drugiej strony… może jego powieści były pierwotnie scenariuszami do filmów porno? Ale nie takiego klasycznego. Masterton miał większe ambicje niż inni twórcy tego skostniałego gatunku. On dodawał do swoich historyjek dreszczyku emocji, wprowadzając do nich elementu thrillera, bądź horroru. Jednak jego innowacyjność spotkała się z odrzuceniem. Wytwórnie nie miały środków na realizację tak wysokobudżetowych produkcji, tym bardziej, że jak dotąd widzom dobrze fapało się do bardziej kameralnych obrazów. W takim razie sfrustrowany Graham przerobił scenariusze na powieści i wysłał je do jakiegoś wydawnictwa. Wydawca pewnie stwierdził, że takie historie się sprzedadzą, jednak należy wyciąć część zbędnych scen łóżkowych i w opisach nazywać książki jako horrory bądź thrillery, bo części społeczeństwa porno źle się kojarzy. Masterton odpowiedział dobra i zapewne tak zaczęła się jego literacka kariera.

Być może tak było. A ja nabijam się z niespełnionego scenarzysty, który mógł zmienić oblicze pornografii… Przykro mi, ale jestem cynicznym skurwielem i nie czuję z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia.

A teraz wyobrażam sobie, że Masterton podobnie jak Orbitowski porzuca literaturę popularną na rzecz pięknej. Cóż… W przypadku amerykańskiego „mistrza” taki rebranding byłby cholernie ciekawy. Jakie tytuły mógłby spłodzić tak „wrażliwy artysta”?

Ludzie jak króliki?

Inny orgazm?

Myślę o tym podczas czytania nowej książki Orbitowskiego. Boże… Skąd w mej głowie brudne myśli w tak podniosłej chwili? Równie dobrze mógłbym zacząć zastanawiać się jak smakuje gówno, podczas gdy w moich ustach rozpływa się czekolada.

Kiepska literatura jest jak pornografia. Pozostaje w naszej pamięci już na zawsze. A Krzywa Sweetmana pasuje do obydwu kategorii.

Podobne

9 komentarzy

  1. Coś w tym jest 🙂 Czytałam kilka książek mastertona i nawet podobały mi się. Nie jestem osobą, która lubi się bać. Wręcz odwrotnie, często na filmach zamykam oczy. Po przeczytaniu jego książki nie miałam problemu za gaszeniem światła, więc… tak. Masz rację. Groza tu raczej nie dominuje. Za to seks i owszem. Porno by Masterton 🙂 To by się sprzedało!

  2. Nie znam autora, nie znam książki, ale Twoja recenzje czyta się świetnie. I szczerze mówiąc po lekturze recenzji nie potrafię zdecydować, czy książka jest definitywnie dobra czy zła. Ewidentnie zachęca do sprawdzenia na własnej skórze

  3. Swego czasu przeczytałam kilka jego książek i jedna z nich była świetna. Czytając naprawdę się bałam. Nie ociekała też seksem. Myślę, że to duże uogólnienie twierdzić, że wszystkie jego książki są kiepskie. Może po prostu za dużo tworzył i nie wszystko „się udało”. 😉

    1. Jaki tytuł miała ta książka? Chętnie się jej przyjrzę. 😉
      „Może po prostu za dużo tworzył i nie wszystko „się udało” Szanujący się autor nie powinien jednak puszczać do druku takiego gniota.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *