LITERACKI PUNK, CZYLI DEBIUT SULBIŃSKIEGO

Facebook podsuwa mi pod nos przeważnie rakotwórcze treści, które karmią moje społeczne fobie. Niekończący się festiwal parcia na szkło, debilizmu i wszelkich odchyłów, na które stać człowieka, okazał się dotkliwym przeciążeniem dla mojej psychiki. Teraz prawie tam nie zaglądam. Tak jest zdrowiej.

Portal, służący przede wszystkim do karmienia raka, dał mi jednak coś więcej. Nawet w nurcie wartkiego szamba wprawne oko wyłowi czasem perłę.

Pewnego razu w zalewie memów, gównoburzy i zdjęć znajomych pojawił się post sponsorowany. Zawierał krótki opis i odnośnik do jakiegoś bloga. Zaintrygował mnie tytuł – Jutro będę odstrzelonym ptakiem. I widniejący nad nim marzycielski obrazek. Chłopiec wpatrzony w pełne ptaków niebo, z którego sypią się pióra.

Nie spodziewałem się, że jednym kliknięciem przeniosę się do istnej wylęgarni literatury. Ponurego archiwum zapisków gościa, który żyje podobnymi marzeniami.

Kilkanaście akapitów o urlopie na Mazurach wystarczyło, żebym stwierdził, iż Sulbińsky jest kimś więcej niż blogerem. Tylko wprawny pisarz potrafi niebanalnie pisać o banalnych sprawach. Dawid Sulbińsky pisze ładnie, smutno i mądrze… Kilka razy powtórzyłem sobie w myślach nazwisko autora, żeby nie wyleciało z pamięci. Minęła trzecia w nocy, oczy piekły od ekranu i byłem wyczerpany. Ale zamierzałem poczytać jutro trochę więcej. Blog zapowiadał się obiecująco.

Nazajutrz wróciłem po porcję kolejnych tekstów. I pomyślałem, że gość ma niezaprzeczalny talent.  To nie tak, że jeden kawałek chwycił za serce, a reszta okazała się miałka. Zacząłem powoli wsiąkać w świat alkoholu, brudu, absurdu i dobrej muzyki.

Potem czytywałem Sulbińskiego regularnie. W kiblu, w pociągu i w komunikacji miejskiej. Czasem nawet do poduszki. To już oznacza silną więź z autorem. Trudno nie utożsamiać się z kimś zmierzającym do podobnego celu. Jeszcze podobną drogą… Obydwaj prowadzimy blogi, nie widząc lepszej drogi na dotarcie do szerszej publiczności.

Ostatnio Sulbińsky wydał e-booka. Podróż po ostatniej nocy na Ziemi. Wybór ok. 30 najlepszych – według czytelników – tekstów z bloga. Plus cztery premierowe kawałki. E-book jest do ściągnięcia za darmo w formatach pdf, mobi i epub. Z okazji jego wydania postanowiłem naskrobać coś w rodzaju recenzji.

 

Brudny realizm. Dekadentyzm na pełnej kurwie. Minimalistyczny styl, który sprawia, że zaskakująco lekko się czyta. Cholernie trudno byłoby pisać lżej o złamanym życiu.

Sulbińsky ubiera w słowa szarą codzienność ze swoimi absurdami. Gdzieś z tyłu zawsze czai się nihilistyczna myśl. A wszystko zawarte w krótkich kawałkach. Zazwyczaj prostych i mocnych jak uderzenie pięścią.

Recenzenci zawsze porównują obiecujących debiutantów do – zwykle już martwych – klasyków. Do kogo porównałbym Sulbińskiego? Pierwszy nasuwa się na myśl Bukowski. Przez dosadny, surowy styl. Jednak w szokowaniu i obrzydzaniu daleko Sulbińskiemu do tego starego pijaka i lubieżnika. Przynajmniej na razie.

Podróż po ostatniej nocy na Ziemi była zapowiadania przez ok. pół roku. Po ogłoszeniu wyników ankiety, w której czytelnicy głosowali na najlepsze teksty. Ja też głosowałem. I teraz jestem lekko zawiedziony, że niektóre z typowanych przeze mnie tekstów, nie weszły w skład antologii.

Niecierpliwie czekałem na Podróż po ostatniej nocy na Ziemi, choć szczególnych zaskoczeń nie mogłem się spodziewać. W końcu regularnie zaglądałem na bloga. Spodziewałem się, że co najwyżej kosmetycznych poprawek. A od ewentualnych premierowych kawałków nie oczekiwałem wiele. Przecież wiadomo, że najlepsze rzeczy Sulbińsky zostawi na książkę, za którą będziemy musieli zapłacić.

 

Gdzieś na pierwszych stronach Podróży… wprawne oko dostrzeże, kto odpowiada za redakcję i inne sprawy, które zazwyczaj niezbyt obchodzą czytelnika. Za redakcję, korektę i konwersję do formatu elektronicznego odpowiada sam autor. Jedynie przy korekcie udzieliła mu wsparcia Kamila Rybak. No i za okładkę odpowiada brat autora, Daniel Sulbiński.

Na widok stopki redakcyjnej zaprzysięgłemu wrogowi self-publishingu pociekłaby piana z mordy. Amatorska robota, wydawniczy DIY. Mimo wszystko – wykonanie jest zaskakująco sprawne. Ewentualne niedociągnięcia – zdarzające się często także w książkach, które przeszły tradycyjny proces wydawniczy – są na tyle drobne, że nie zakłócają lektury.

Widocznym niedopatrzeniem jest zdublowanie pewnego tekstu.* W chorym ciele wściekły duch. Pojawia się zarówno gdzieś na początku zbiorku, a po przebrnięciu przez kilkanaście kolejnych kawałków znów na niego trafiamy. Mniej więcej w połowie książki. Na szczęście elektronicznej, więc nie zmarnowano papieru.

Mam jeszcze jedno zastrzeżenie. Na okładce tuż pod tytułem antologii widnieje podpis opowiadania.  Zdecydowana większość tekstów nie za bardzo wpisuje się w ramy tego gatunku literackiego. To raczej pijackie anegdotki, przemyślenia na temat życia, śmierci… i tworzenia. Choć napisane wyjątkowo sprawnie – ręką pisarza. Teksty, które nazwałbym opowiadaniami, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Nie mam z tym problemu, ale nowy odbiorca, który liczy na opowiadania z prawdziwego zdarzenia, może poczuć irytację. Bo trafił na zbiór przypadkowych zapisków dziwoląga i pijaka, który próbuje być pisarzem.

Przeczytałem ponownie zawarte w zbiorku kawałki z ogromną przyjemnością. Na papierze elektronicznym jest o niebo lepiej dla zmęczonych oczu. Zabrakło tylko paru tekstów, które mocno zapadły mi w pamięć. A premierowe nie zaskoczyły szczególnie. Znajoma forma, znajomy styl. Nic zaskakującego, ale przyjemne dopełnienie antologii.

Sulbińsky to już marka. Wypracował charakterystyczny styl. Wykreował swoją legendę. Publikuje regularnie. I wiadomo, czego się można spodziewać. Sulbińsky przyzwyczaił czytelników do pewnej formuły. Krótki tekst, od trzech do pięciu minut czytania. Czarny humor, pesymizm i paskudna codzienność. Bolesne wspomnienie, bądź świeża anegdotka, zwieńczona dosadną puentą.

Ta formuła to jego znak rozpoznawczy. Sulbińsky jest aktualnie trochę przewidywalny, ale nie w zły sposób. Niedawno wydanie e-booka z najlepszymi tekstami z bloga było jego głównym celem,  lecz cel został osiągnięty. Jestem ciekaw, co dalej. Na blogu pojawiają się nowe teksty, w standardowej formule, ale mam nadzieję, że równolegle tworzy coś jeszcze. Bo dla twórcy nie ma nic gorszego niż stagnacja. Obrabiając bez końca ten sam schemat zmieni bloga w dekadencki fast-food na krańcu internetu.

Czekam na zupełnie inny format. Najlepiej na papierze. Niekoniecznie jak najszybciej, bo pisarz potrzebuje czasu, by dojrzeć. A Sulbińsky jest przed trzydziestką.

Mam nadzieję, że wpis na niszowym blogu przyniesie Sulbińskiemu kilku nowych czytelników. I przybliży go do literackiej sławy.

Zdjęcia pochodzą z bloga Dawida Sulbińskiego.

EDIT

*Pobrałem e-booka w dniu premiery i trafiła mi się wadliwa wersja ze zdublowanym tekstem. Nazajutrz usterka została usunięta.

Podobne

1 komentarz

  1. Nie słyszałam o blogerze ale zaciekawiłeś mnie i aż musiałam sprawdzić. Już pierwszy tekst zachęcił mnie, żeby zostać na dłużej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *