KIEDY ZNIKAM

Żyje się po to, żeby pisać. Przez całą resztę trzeba przebrnąć, żeby dotrzeć do rzeczy najważniejszej. 

~ Raymond Chandler

Pojawiam się i znikam. Jestem jak nie do końca oswojony kocur i już chyba pozostanę taki na zawsze. Chodzenie własnymi drogami… Nie znam lepszego sposobu na życie.

Bywa to jednak uciążliwe dla tych, którzy na mnie czekają. Po tym jak zniknę bez słowa.

Czytelnicy, którzy obdarzyli mnie kredytem zaufania, mogą się niepokoić moją nieobecnością na blogu. Niepotrzebnie. Blog to tak naprawdę efekt uboczny całej mojej pisaniny. W sumie mógłbym użyć też ładniejszego określenia... Projekt poboczny. Który okazał się bardziej pracochłonny niż mogłem się tego spodziewać.

Piszę niemal codziennie – od kilku akapitów do kilku stron. Ostatnio rzadko wrzucam cokolwiek do sieci. Nie wiem, po co zaśmiecać internet zapiskami codziennej wegetacji. Tym bardziej, że do większości spraw nie potrafię znaleźć puenty.

Częścią zapisków być może zainteresowaliby się psychiatrzy. Czasami tam, gdzie krytyk literacki dostrzega tylko chaos i grafomanię, psychiatra potrafi dostrzec konkretną jednostkę chorobową. Szkoda, że to mniej niż połowa zagadki…

Piszę też książkę. Nie, nie jestem blogerem, który chce zaistnieć również na papierze, bo to zwiększy moją wiarygodność i iloraz inteligencji. Niektórzy krzywo patrzą na takich i mówią, że się sprzedali. Cóż… Nigdy nie uważałem siebie za blogera. Tylko za niespełnionego pisarza, zamkniętego w wirtualnym getcie. Jeśli znajdzie się okazja, żeby wyrwać się z niego na rynek wydawniczy – wykorzystam ją. Od samego początku buduję tego bloga z myślą, że będzie trampoliną, dzięki której wskoczę na literackie salony. Cóż, piętno blogera może być nieco haniebne bardziej wysublimowanych kręgach. A część czytelników bloga może odwrócić się ode mnie po wydaniu książki. Jestem niemal pewien, że w przyszłości przeczytam gdzieś, iż jestem sprzedajną kurwą, bo przestałem pisać za darmo.

Pisanie jest najważniejsze. A pośród tych wszystkich rzeczy, które mam do napisania, najważniejsza jest książka. To dziwne… Ta historia jest niemal moją obsesją. Ale rzadko o niej tutaj wspominam. Jakby nie zajmowała w moim sercu tyle miejsca, ile zajmuje.

Nie zdradziłem tytułu. Nie wspomniałem, o czym jest. Nic nie wiadomo.

Cóż… To może być irytujący zwyczaj, ale nie lubię mówić o niedokończonych rzeczach. Coś kusi mnie, żeby ten nawyk nieco zmodyfikować. Pozwolę jednak sobie na to dopiero, gdy będę trochę dalej. Gdy będę bliżej końca… Wtedy będę od czasu do czasu uchylał rąbka tajemnicy. Z pewną nieśmiałością zaproszę Was za kulisy.

Ale na razie bloga nie zdominują  trailery i materiały typu making of.  Na razie spodziewajcie się tutaj jednego tekstu na miesiąc, najwyżej dwóch. Ale za to całkiem zgrabnych i dopracowanych. Myślę, że to więcej niż dziesięć nabazgranych na kolanie knotów.

Niektóre teksty będą ciężkie. Wciąż pełno we mnie szkła, drzazg i żelaznych odłamków. Każdej nocy próbuję to z siebie wypluć na papier. Nie mogę wrzucać wszystkiego do książki. Bo ciężar moich emocji może zachwiać jej konstrukcją. Dlatego nadal potrzebuję krótkiej formy. Już teraz czuję głód stworzenia pełnokrwistego tekstu, który zmieściłbym na jednej stronie.

Mam dziwne przeczucie, że coś takiego wylęgnie się ze mnie tej nocy.

 

 

Podobne

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *