GŁÓD I SZALEŃSTWO

Dręczą mnie myśli o przyszłości. Nic nie dobija bardziej niż brak perspektyw.

Jest piękny dzień. Tak jasny, że bolą oczy.

Znajduję się z kumplem w zaniedbanej imitacji parku. Siedzimy na ławce i pijemy zimne napoje – o tej porze jeszcze bezalkoholowe. Milczymy, bo nie ma o czym rozmawiać. Obydwaj jesteśmy dziś posępni.

Mijający nas ludzie są jak powietrze. Nie dostrzegam ich… Póki nie zawiało smrodem.

Chudy rudzielec wlecze za sobą kwaśny odór. Jego ruchy są powolne i nieskoordynowane, jakby jego kończyny były połączone sznurkami z wiszącą nad nim ciężką chmurą smrodu. Powłóczy lewą stopą jakby była bezwładna. Przyglądając się jego ruchom dostrzegam ciemne plamy na jasnych sztruksowych spodniach i schnące ślady rzygowin na brązowym swetrze. Czaszka mężczyzny jest nierówno przystrzyżona, a jego wychudłe policzki pokrywa cień zarostu. Zerka w naszą stronę pustym wzrokiem, ale chyba nas nie widzi. Z jego półotwartych ust wynurza się tymczasem bańka śliny, pękając po ułamku sekundy. Wzdrygam się na samą myśl, że  jednak nas dostrzegł i zaraz podejdzie, by – sepleniąc i tryskając śliną – żebrać o pieniądze. 

Kumpel patrzy na niego z wyraźnym niesmakiem. Pomiędzy jego brwiami pojawia się pionowa bruzda. Znika dopiero, kiedy kwaśny odór zaczyna się oddalać.

– O kurwa… Jaki ćpun i menel – Kumpel dwoma słowami kwituje pokrakę, która przed momentem odtańczyła przed nami swój apatyczny taniec męki i upokorzenia.

– Ćpun i menel… – Uśmiecham się krzywo. – Albo pisarz.

Odpowiada uśmiechem jeszcze bardziej krzywym niż mój. Takim grymasem odpowiada się na żart, który naruszył czułą strunę w duszy. On jest poetą i ma jeszcze bardziej przesrane. Myśl, że ktoś ma jeszcze mniejsze szanse niż ja, jest niezbyt pocieszająca.

Znów milczymy.

W tej ponurej ciszy moje myśli podążają za tym dziwadłem. I jednocześnie krążą wokół moich ostatnich słów. A co jeśli ten gorzki żart jest prawdą? To cholernie mało prawdopodobne… statystycznie rzecz biorąc. Ale z drugiej strony życie jest pasmem dziwnych zbiegów okoliczności. Ten chyba nie byłby najdziwniejszy.

Wyobrażam sobie jak dziwoląg wtacza się do swojego obskurnego mieszkania i – potykając się o puste butelki – pada na rozsypującą się kanapę. Leży tak przez chwilę, by w końcu z trudem się podnieść i oprzeć się o skrzypiący stół. Następnie przysuwa do siebie leżącą na jego końcu popielniczkę i wygrzebuje z niej najokazalszy niedopałek. Właściwie pół papierosa, może odrobinę mniej. Zapala go drżącymi dłońmi i chciwie zaciąga się trującym dymem. Przynosi to niewielką ulgę, bo tak bardziej potrzebuje innej trucizny. Jednak lepsze coś niż nic.

Obok popielniczki leży notatnik o ciemnobrązowej, popękanej oprawie. A na nim wieczne pióro. W oku dziwoląga pojawia się dziwny błysk, który zaraz gaśnie. Miażdży w popielniczce niedopałek, z którego wyssał już niemal całą truciznę, i włącza stojący na parapecie stary radioodbiornik. Słucha wiadomości i znów zwala się tyłkiem na kanapę. Przez jego twarz przebiega grymas uczynił nieprawdopodobny wysiłek. Siedzi tak chwilę ze wzrokiem mesjasza, który dźwiga na swych barkach wszelkie cierpienia tego świata. I nagle w jego oczach znów iskrzy ten sam błysk, co przed chwilą. Dziwoląg z bólem podrywa się z miejsca. Za moment w jego drżącej dłoni lśni pióro. Gdy tylko przyciska je do papieru, dłoń przestaje drżeć. Szybkimi, szarpanymi ruchami kreśli nim odbicia swoich myśli. Jest artystą, napędzanym przez głód i szaleństwo. Nie zwraca uwagi na płynącą z radia muzykę. Istnieje już tylko papier, na którym próbuje odbić strumień świadomości.

Jest artystą, napędzanym przez głód i szaleństwo. Pisze, bo nic mu już nie zostało. Przegrał swoją walkę. Zostało mu jednak niewiele tej bezsensownej szarpaniny z samym sobą. Może za kilka miesięcy zadławi się własnymi rzygowinami. Zirytowany smrodem sąsiad  zadzwoni w końcu na policję, a funkcjonariusze wyważą drzwi i znajdą na kanapie rozkładającego się trupa. Na podłodze będą walały się puste butelki i kartki wyrwane z dziennika szaleńca. Niektóre będą pomięte, inne poszarpane. Nikt nie przejmie się tym, co jest na nich zapisane. Każdy będzie chciał się tylko pozbyć śmierdzącego trupa.

Na moje wargi wkrada się gorzki półuśmiech. Aż bawi mnie własny tok myślenia. Szukam piękna i geniuszu w defektach. Jakbym nie mógł już tego znaleźć wśród pospolitych ludzi.

Bawi mnie też, że nikt normalny nie doszukiwałby się w przypadkowym dziwadle polskiego odpowiednika Huntera S. Thompsona. Ani nie snuł wizji jego życia i śmierci… Choć może ten typ ma tak naprawdę problemy z napisaniem własnego nazwiska, nie mówiąc już  o literaturze…

Nagły ciąg skojarzeń teleportuje mnie na wprost totalnie naćpanego Syda Barreta, który bezmyślnie trąca palcami poluzowane struny gitary i patrzy pustym wzrokiem w oburzoną publikę. Ten obraz znika, bo myśli kierują mnie w stronę bliższego mojemu sercu muzyka. Zadaję sobie pytanie… Jak wyglądał Layne Staley tuż przed złotym strzałem? Pewnie jak bezzębny ochłap ludzkiej padliny. Z przekrwionymi oczami głodnego zwierzęcia, choć kiedyś był czymś więcej. Wściekłym aniołem o czterooktawowej skali głosu.

Mam ochotę się odezwać i wyrzucić z siebie to, co przed chwilą wymyśliłem. Ale to zabrzmi zbyt niedorzecznie. Ciężko wyartykułować pewne rzeczy, które dzieją się w głowie.

Milczenie staje się nieznośne. Obydwaj mamy nienajlepszy dzień, nasze ciemne aury się zazębiają i natężona frustracja aż zgrzyta w powietrzu. W takich warunkach rozmowa nie klei się bez alkoholu, a milczenie jest wyjątkowo niezręczne. Czekam na moment aż rozejdziemy się w różnych kierunkach. Takie chwile sprawiają, że samotność zdaje się być największą ulgą.

Za moment się rozchodzimy. On zamierza pójść jeszcze na wykład, a wieczorem upić się do nieprzytomności. Ja nie mam ochoty na nic. Na razie chcę tylko zamknąć się w swoich czterech ścianach. Potem pewnie zacznę pisać. Coś jakby list… Tylko nie wiem, do kogo. 

 

Podobne

3 komentarze

  1. No i teraz siedzę i zastanawiam się, co napisać. Gdy pisałam opowiadania na bloga, i czytałam innych, to komentarze głównie opierały się na analizie psychologicznej bohaterów, ale to teraz raczej nie na miejscu, hehe.
    W sumie, pierwszy tekst, z pod Twojej ręki, który przeczytałam, a czuję się oczarowana, albo zaczarowana.

    Kiedyś sobie myślałam, że chciałabym żyć w takiej dekadencji. Życie tylko dla sztuki i życie sztuką. Całkowite poświęcenie… bo przecież nic innego się nie liczy. Jednak taka myśl wypadła mi z głowy. Myślę nawet, że w dzisiejszych czasach jest to lekko niemożliwe… albo tylko mi się tak wydaje. Jednakże widzę w tym jakieś piękno. Cudownie jest się zatracić w tym, co się tworzy. Szarpać się z weną, chociaż bywa to frustrujące. Niewątpliwie, jest to szaleństwo, chociaż z drugiej strony, każdy artysta jest szalony, a ci upadli tworzą najpiękniejsze rzeczy.

    Pozdrawiam. 🙂

  2. Syd Barret „reached for the secret too soon” 😉 ale taka już kolej rzeczy… Nie potępiam złotych strzałów czy samobójów ale życie w rozpierdzielu ze względu na bezsens świata już mnie nie przekonuje… Nie przekonują mnie bohaterzy którzy ze względu na świat sami się staczają i jak gdyby stają się tym samym co nienawidza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *