FILM O CODZIENNOŚCI I POEZJI

Czasem potrzebuję monotonii. Takiej sielankowej, jak w pewnym filmie Jarmuscha.

Znów oglądam Paterson… Chciałbym zostać wchłonięty przez kinowy obraz, zespolić się z bohaterem w jedną postać i zapomnieć o prawdziwej tożsamości.

Budziłbym się o godzinie 6.15 u boku tej samej kobiety. Potem nakarmiłbym psa, zjadłbym śniadanie… i do pracy. Kursowałbym autobusem po spokojnym miasteczku, chłonąc urywki rozmów pasażerów i układając w myślach wiersze. Czas lunchu spędzałbym nad wodospadem, jedząc kanapki i zapisując myśli w sekretnym notatniku. Pisałbym tylko dla jednej kobiety.

Senne tempo akcji wprowadza mnie niemalże w trans. W Paterson znajduję ukryte odpowiedzi na swoje najskrytsze pragnienia. Proste i przewidywalne życie, szczęśliwy związek… Na chwilę niespokojny duch znajduje ukojenie w filmie.

Napisane w trakcie lunchu wiersze, czytałbym – po powrocie do domu – Laurze, dziewczynie o bliskowschodniej urodzie. Byłaby zachwycona.

Paterson i Laura tworzą idealną parę, mimo odmiennych temperamentów. On jest flegmatyczny i zamknięty w sobie, ma swój świat. A Laura jest przebojowa i pełna życia. Z dnia na dzień odkrywa w sobie nowe talenty i pasje. To niepoprawna marzycielka i artystka, która posiada bardzo silny wizualny styl. Lubi czerń i biel, delikatnie mówiąc. W wystroju mieszkania królują czarno-białe wzory, podobnie jest z garderobą Laury. Prace plastyczne, a nawet babeczki, również wykonuje w tym stylu wizualnym. 

W prawdziwym życiu trudno poecie znaleźć taką Laurę. Cholernie fascynującą, a jednocześnie dobrą i cierpliwą. Bliskowschodnia piękność nie nazywa męża autystycznym zjebem, choć czasem powtarza zdanie trzy razy, nim jej poeta w końcu się ocknie. Prawdziwa miłość, krótko mówiąc. 

Ponadto Laura namawia Patersona do publikacji wierszy. Powinien pokazać je światu, zamiast ukrywać w tajnym notatniku. Paterson jest niechętny, w końcu pisze o dość osobistych sprawach. Niby ulega namowom Laury, lecz odwleka w nieskończoność moment wysłania wierszy do wydawcy.

Kolejne dni-rozdziały są niby podobne. Jednak nawet w uporządkowanym do granic możliwości życiu zdarzają się sytuacje, które naginają harmonię. Powtarzalność przeplata się z nowymi wrażeniami. Niektóre zdarzenia niemal burzą stan sielankowej równowagi, lecz wszystko zawsze wraca do normy. Przynajmniej w trakcie prawie dwugodzinnego seansu.

Jim Jarmusch, określający siebie mianem pseudobuddysty, stworzył niezwykle kontemplacyjny obraz, przy którym niespokojne myśli odnajdują harmonię. Ten rodzaj psychicznego ukojenia wystarczy, nie potrzebuję żadnej medytacji.

Chcę więcej takich filmów…  Zamiast eksplozji, pościgów, strzelanin i gorączkowej miłości.

Na Paterson trafiłem zupełnym przypadkiem. Nie zdając sobie wcześniej sprawy, jak bardzo potrzebowałem niebanalnego filmu o codzienności i poezji. Hipnotyzującego obrazu sielanki, która skrywa drugie dno i parę tajemnic. Jak fotografia Patersona w mundurze na szafce nocnej. Według niektórych film Jima Jarmuscha jest nieoczywistym studium zespołu stresu pourazowego.

Być może.

Podobne

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *