DWA KOŃCE ZXXXANEGO ŚWIATA

Opowieści o buntownikach zawsze chwytały mnie za serce. Sam przeciw wszystkim. Niepasujące do reszty dziwadło. Desperacka walka o wolność i ucieczka przed światem. Od najmłodszych lat odnajdywałem siebie w tym schemacie.

Ostatnio znalazłem podobny motyw w głośnym serialu The End of the F***ing World. A właściwie znalazła moja dziewczyna i namówiła mnie do obejrzenia. 

Oglądnęliśmy wszystkie odcinki w jeden dzień. Od dawna nic mnie tak nie wciągnęło.

O czym opowiada serial? O parze zbuntowanych nastolatków, którzy po dość pokazowej ucieczce z domu, wiodą żywot przestępców włóczęgów.  Nieszablonowe love story, cholernie zajmujące, mimo pewnej przewidywalności. 

Ponoć przeciwieństwa się przyciągają. Strasznie oklepany frazes, ale trafny wobec Alyssy i Jamesa. Różnice temperamentalne między nimi widać na pierwszy rzut oka. Skrajnego introwertyka o socjopatycznych skłonnościach wraz z wybuchową, wyszczekaną dziewczyną trudno nazwać dobrą parą, lecz ich relacja jakoś działa. Przynajmniej w warunkach ucieczki przed policją i całym światem.

W jakimś stopniu ja i moja dziewczyna utożsamiamy się z bohaterami. Nie przeżyliśmy nic aż tak popieprzonego, chodzi bardziej o charakterologiczny kontrast. Im więcej odcinków za mną, z tym większym niepokojem uświadamiam sobie, że kiedyś miałem zbyt wiele wspólnego z Jamesem. Jako niepokojąco cichy nastolatek, który w każdej chwili mógł zabić siebie, albo kogoś. A przynajmniej sprawiał takie wrażenie, zwłaszcza gdy Kajetan P. ze swoją zbrodnią i nieudaną wycieczką do Afryki był gorącym tematem. Kilka osób wróżyło mi karierę seryjnego mordercy. 

Nieważne. The End of the F***ing World przypomniał mi o tamtym okresie życia i paru dziwnych rzeczach, przy okazji dostarczając kilka godzin rozrywki. A końcówka chwyciła za gardło i być może wycisnęła parę łez. Nie jestem do końca pewien.

 

 

 

Niedawno na polskim rynku ukazał się komiksowy pierwowzór The End of the F***ing World. Ocenzurowany również u nas tytuł został przetłumaczony w ten sposób – Koniec zXXXanego świata

Komiks Charlesa Forsmana, wydany w nietypowym książeczkowym formacie, trochę mnie zaskoczył i wprawił w czytelniczą dezorientację. Niby po okładce spodziewałem się brzydkiej kreski i klimatycznej odmienności względem ukochanego serialu. Niby uważałem, by znakomita adaptacja nie rzutowała zbytnio na odbiór oryginału. Ale mimowolnie porównywałem dwie wersje historii przy niemal każdej stronie, zazwyczaj z korzyścią dla serialu, co budziło rosnące zmieszanie i niedowierzanie.

Czarno-białe stronice wydawniczego debiutu Forsmana kontrastują z jaskrawymi kolorami serialu. A kreska jest prosta, wręcz banalna. Chłodny minimalizm jest również w samej opowieści oraz w skokowej narracji. Niby bezemocjonalny sposób snucia historii w połączeniu z zaskakującą prostotą wprawia w osłupienie, które   trwa nadal po lekturze, którą można przeczytać szybciej niż obejrzeć jeden odcinek serialu.

Oryginalne zakończenie jest bardziej dosadne. Ogólnie komiks jest bardziej toporny od rozszerzonej i podkoloryzowanej adaptacji, którą dodatkowo ożywia blues rockowa ścieżka dźwiękowa. No cóż, materiał źródłowy okazał się zaskakująco skąpy. Zimno i surowość pierwotnego Końca zXXXanego świata robią niepokojące wrażenie. I w zestawieniu z serialem budzą mieszane odczucia.

Chyba liczyłem na coś więcej.

 

Podobne

1 komentarz

  1. Z reguły mam podejście „oryginał będzie lepszy i koniec i kropka”, ale w takich przypadkach jak ten ciężko się oprzeć wrażeniu, że jednak nie… Tak samo miałam z „House of Cards” – serial uwielbiam, a przez książkowy pierwowzór ledwo przebrnęłam 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *